To był koniec świata. Przez kilka tygodni mąż był jakiś nieswój, biegał telefonował, spotykał się z kolegami. Wreszcie pewnego dnia nie wyszedł z domu, snuł się po katach i oznajmił mi, że stracił pracę. Mąż pracował jako kierowca rozwożąc przesyłki kurierskie. Był dobrym kierowcą, punktualnym. Przesyłki kurierskie zawsze bezpiecznie docierały na miejsce. Aż tu nagle na jego miejsce znaleźli nowego, młodego, świeżo po kursie. Mąż bardzo lubił to rozwożenie przesyłek kurierskich. Ta praca była dla niego wszystkim. Nie liczyłam się ja, dzieci, ani dom, tylko praca. Przychodziło mi nawet do głowy, że to jest chorobliwe. Ni miał kiedy spać, żyć, odpoczywać, ciągle pracował. Wszyscy go za to cenili i szanowali. O swojej klęsce nie chciał ze mną rozmawiać . był ponury, nie spał po nocach, nie golił się, prawie nie jadł. Po dwóch miesiącach przyzwyczaiłam się do jego milczenia i bezczynności. Uświadomiłam sobie, że mogę liczyć tylko na siebie. Robię swetry na drutach. Założyłam więc firmę produkującą swetry. Mąż początkowo nie wierzył, że to się może udać. Ale teraz stał się moim, zaopatrzeniowcem, księgowym. Przypomniał sobie, że ma pozwolenie na przewóz rzeczy. Zamiast przesyłek kurierskich, woził teraz moje swetry na sprzedaż. Powoli przyzwyczaja się do nowej sytuacji. Nabiera wigoru. Zaczął odzyskiwać pewność siebie. Staje się powoli innym człowiekiem. Czasem jeszcze narzeka i wspomina dawne czasy, ale śmieje się znacznie częściej niż wtedy. Kiedy był wielkim człowiekiem. Nieraz zastanawiam się czy utrata pracy była dla niego rzeczywiście końcem jego świata. Może tylko końcem jakiegoś okresu, w którym był zajęty pracą, ciągle nieobecny, nie czujący naszych potrzeb i w konsekwencji rozpaczliwie samotny. Może musiała się zdarzyć katastrofa, aby powstał nasz wspólny świat.